Zapadłam się w skórzaną, czerwoną sofę z moim aktem urodzenia w ręce. Chwila prawdy, na którą czekałam przez jakieś czterdzieści lat! Nie miałam już złudzeń, po wizycie w urzędzie nie mam wątpliwości, że moje podejrzenia się potwierdzą. Wyraz twarzy urzędniczki był bardzo czytelny, „będzie pani miała czarno na białym”, „rodzice pani nic nie powiedzieli?” – brzmiało mi w uszach, a serce łomotało z minuty na minutę coraz mocniej. Spojrzałam na trzymaną w drżącej ręce kartkę. Akt w formacie A4, ładne niebiesko-szare tło z biało-czerwonym pionowym paskiem, dobry gatunek papieru, znacznie różnił się od poprzednich wersji tego typu dokumentów.   Zaczęłam czytać od pierwszej strony. Podstawowe dane są zgodne, pierwsze imię: Monika, drugie imię: Joanna. Niestety kolejne w rubryce nazwisko jakby nie moje, kompletnie nie pasują do tych, które znałam przez całe swoje życie. Nazwisko Micińska, jaka Micińska? data urodzenia na szczęście się zgadza, miejsce urodzenia też zgodne, zgłaszający: Szpital Żeromskiego, matka Zofia … (jaka Zofia na litość boską!), miejsce urodzenia matki Niemcy (!!!), ojciec Jan (!!!) …. Zakręciło mi się w głowie, szumiało w uszach, a bicie mojego serca było chyba słychać na ulicy! Odwracam kartkę, strona druga: informacje o przysposobieniu, dane rodziców adopcyjnych, szczegółowe – imiona i nazwiska, daty i miejsca ich urodzenia. Niewiarygodne, ale przecież tego szukałam, byłam prawie pewna jaka będzie prawda o mnie, jednak gdzieś głęboko w środku tlił się we mnie promyk nadziei, że może jednak jestem ukochaną córeczką mojej Leokadii, a wszystkie podejrzenia, że może być inaczej są bezpodstawne. Odłożyłam na bok akt i zapadłam się jeszcze głębiej w sofę. Właściwie nie wiem o czym myślałam, wbiłam wzrok w sufit i próbowałam zebrać myśli. W pokoju panował lekki półmrok, słońce schowało się za ciężkimi chmurami. Patrzyłam tępo na bałagan jaki zostawiłam na biurku przed wyjściem z biura, kilka pieczątek porozrzucanych pomiędzy kartkami, zszywacz i rozsypane koszulki na dokumenty prawie zasłoniły blat mojego ulubionego biurka. Zorientowałam się, że zostawiłam chyba włączoną lampkę z ukochanej porcelany Royal Albert. Mój wzrok przeniósł się w prawo na ścianę naprzeciwko biurka. Codziennie siedząc w fotelu miałam przed sobą portrety mojej mamy i jej rodziców, a moich dziadków, których nigdy nie poznałam, bo zmarli przez moim urodzeniem. Zabrałam je po jej śmierci rok temu z mojego rodzinnego domu, w którym były odkąd pamiętam. Wszystkie trzy oprawione w identyczne złocone ramy przywoływały wspomnienia z dzieciństwa. Dzięki nim mama była w biurze codziennie ze mną. Czułam jej obecność i wparcie. Ona zawsze i mimo wszystko stała za mną murem! Jak nikt inny na świecie wierzyła we mnie tak bardzo, że sprzeciwiała się każdej błędnej jej zdaniem ocenie kierowanej pod moim adresem. Była niezłomna w dążeniu do solidnego wykształcenia ukochanej córki wbrew wszystkim trudnościom. Znała mnie jak nikt inny i doskonale rozumiała. Była  ze mnie taka dumna, kiedy skończyłam Architekturę. Często pytała czy lubię swój zawód, chcąc mieć pewność, że wszystko zrobiła jak należy. Czasami była świadkiem moich rozmów przez telefon z inwestorami i widziałam ten błysk w jej brązowych oczach jak rozpierała ją duma.

Z letargu wyrwał mnie dźwięk telefonu. Marzanna! No tak, najpewniej od mojego telefonu do niej po wyjściu z aktem urodzenia była pod wrażeniem całej sytuacji. Emocje dzisiejszego popołudnia spowodowały, że kompletnie o niej zapomniałam.

-I co? Co przeczytałaś w tym akcie? – zapytała, a ja miałam wrażenie, że w jej głosie była autentyczna troska o mnie. Jakoś lżej się zrobiło na sercu, ale i tak ciężar nie do udźwignięcia. Póki co jest jedyną osobą, która wie o całej sytuacji.

-No co Marzanna przeczytałam?! Wszystko się potwierdziło co podejrzewałam od dawna! – głos mi się łamał, byłam w fatalnym stanie, wszechogarniające poczucie żalu dlaczego ktoś mnie oddał. Urodzić i oddać?! Nie do pomyślenia! Na ten moment niewiele jednak wiedziałam, jakie były okoliczności, w których trafiłam do rodziców adopcyjnych, co się stało, że mnie nie zatrzymała? Czy byłam pozostawiona w szpitalu czy oddana do Domu Dziecka. Jaką trzeba być matką, żeby to zrobić?

Z zamyślenia znowu wyrwał mnie głos w telefonie:

-Przyjechać do Ciebie? – zapytała.

Chyba nie powinnam być teraz sama, ale czułam się jak śmieć wyrzucony do kosza, niechciany, nikomu niepotrzebny śmieć! Nie jestem pewna czy potrzebowałam teraz litości, albo pouczania, że trzeba było tego nie ruszać. Absolutnie nikt nie wie co czułam i jaka siła pchała mnie do rozwiązania rodzinnej zagadki. To nie podlega ocenie, żadnej! Odwodzenie mnie od drążenia sprawy jedynie przesunęło w czasie moje poszukiwania prawdy. Nie da się tak odpuścić sobie i żyć dalej. To siedziało głęboko we mnie i co jakiś czas odbijało się czkawką.

-Nie wiem Marzanna, już nic nie wiem, jakiś koszmar, no! – odpowiedziałam szybko, zanim łzy zaczęły mi spływać po policzkach. To był chyba ten moment, kiedy nagromadzone emocje znalazły swoje ujście. Było mi bardzo ciężko, czułam się przytłoczona całą tą sytuacją. Byłam jak pies porzucony w lesie. Zostałam z tym sama i  nie wiedziałam co zrobić! Leokadia nie żyje od roku, to z nią chciałam porozmawiać, wypłakać się i przytulić. Jeszcze bardziej zabolało, kiedy zdałam sobie sprawę, że jej już nie ma. Znowu wróciły obrazy z przed roku, kiedy odebrałam telefon, że mama leży nieprzytomna w przedpokoju. Wybiegłam wtedy z Magdą z biura odwołując w drodze na Mazowiecką wszystkie umówione na dzisiaj spotkania. Pod blokiem karetka, w mieszkaniu w przedpokoju trzech pochylonych sanitariuszy intubujących mamę. Pytania o dowód osobisty mamy, któryś z sanitariuszy przekazujący mi jej obrączkę i łańcuszek, które trzeba zdjąć, bo jadą z nią do szpitala i będzie miała wykonywaną tomografię komputerową. Wstępna diagnoza – rozległy udar, stan bardzo ciężki.

Od bolesnych wspomnień wyrywa mnie dźwięk domofonu. Mogę się tylko domyślać, że to Marzanna. Z trudem podnoszę się z sofy i idę na miękkich nogach do drzwi wejściowych. Jestem słaba i nie mam na nic siły. Marzanna pojawia się na górze w kilka sekund, jestem jej wdzięczna, że przyszła. Zawsze była moją bratnią duszą, rozumiałyśmy się kiedyś bez słów. Dzisiaj potrzebowałam wsparcia bardziej niż kiedykolwiek. Usiadła przy stole, a ja w międzyczasie przyniosłam jej akt urodzenia, zanim zdążyła zapytać co w  nim wyczytałam.

-Czytaj! – podałam jej dokument i ciężko usiadłam obok.

Po chwili spojrzała na mnie i zapytała:

-Nie będziesz chyba szukać?

-Nie wiem jeszcze, na razie nie – odpowiedziałam, bo akurat w tamtej chwili nie miałam pojęcia co zrobię z tym czego się dowiedziałam.

3 uwagi do wpisu “Rozdział 2.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s